Graham Masterton - Skarabeusz Z Jajouki, Książki, Graham Masterton

 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
GRAHAM MASTERON
SKARABEUSZ Z JAJOUKI
Fez, Maroko
Poznałem Maroko dzięki nie Ŝyjącemu juŜ Brionowi Gysinowi, którego mistyczna
powieść
Proces
jest niezwykłym przeglądem reakcji psychicznych i wierzeń mieszkańców
północnego obrzeŜa Sahary. Rozmawialiśmy o tej sprawie w marcu 1970 roku, w pewnej
restauracji w Covent Garden. Do tej pory przechowuję zapiski, które porobiłem wówczas na
serwetkach stołowych.
Opowiadanie to dedykuję Brionowi - zdumiewającemu malarzowi i błyskotliwemu
pisarzowi, jednemu z największych, choć niedocenionych talentów XX wieku.
"Maroko jest gościnne aŜ do przesady, ale stanowi kraj pełen tajemnic, a co więcej -
kraj rozkoszujący się swoimi sekretami. Jajoukański skarabeusz jest jedną z jego
największych tajemnic i trzeba by człowieka znacznie bogatszego ode mnie, Ŝeby ją zbadać.
Fez jest świętym miastem islamu, połoŜonym malowniczo w dolinie Sebu, otoczonym
sadami owocowymi, plantacjami oliwek i gajami pomarańczowymi. Meczet Mulai Idris,
wzniesiony ponad tysiąc lat temu przez załoŜycieli Fezu, jest tak święty, Ŝe Ŝadnemu
chrześcijaninowi ani śydowi nie wolno nawet zbliŜyć się do niego. Karueen jest największym
meczetem w Afryce: uczęszcza do niego regularnie ponaad tysiąc uczniów studiujących
klasyczne prawo arabskie i teologię islamską.
Zwiedzanie Fezu przynosi niesamowite, niezapomniane przeŜycia. A daleko od Fezu,
wysoko w górach Rif moŜna przeŜyć coś szczególnie porywającego.
Dwadzieścia siedem lat później w foyer hotelu Splendid w Port-au-Prince podszedł do
niego niski, czarny męŜczyzna o ptasiej urodzie, w okularach mających złotą oprawę, ubrany
w nieskazitelnie biały garnitur.
MęŜczyzna zdjął kapelusz, odsłaniając łysą głowę, przypominającą wypolerowany
orzech brazylijski. Jego przednie zęby były ze szczerego złota.
- Czy mam zaszczyt z doktorem Donnellym? – Jego akcent wskazywał raczej na pochodzenie
algierskie lub marokańskie niŜ na haitańskie.
- Tak. Nazywam się Grant Donnelly.
- Od wielu lat pragnąłem pana poznać. Podziwiam pańskie osiągnięcia.
- To bardzo miło z pańskiej strony. A teraz, jeśli pan pozwoli...
Petra, Ŝona Granta, czekała na niego przy oszklonych drzwiach, wiodących do ogrodu.
Złapała jego wzrok i podniosła rękę.
Grant chciał odejść, ale męŜczyzna dotknął jego rękawa.
1
- Doktorze, proszę... Zanim pan pójdzie. Przestudiowałem wszystkie pańskie prace naukowe
i wszystkie pańskie ksiąŜki. Są drobiazgowe i wszechstronne. Brakuje w nich jednak
pewnego waŜnego szczegółu.
- Rzeczywiście?
- Jak to się stało, Ŝe wielki ekspert napisał Owady Afryki Północnej bez wzmianki o
jajoukańskim skarabeuszu? - MęŜczyzna puścił rękaw marynarki Granta. Uśmiechał się bez
przekonania. Słońce odbijało się w jego okularach, tak Ŝe chwilami wyglądał jak niewidomy.
- Jestem bogatym człowiekiem, doktorze Donnelly. Oferuję duŜą sumę pieniędzy za
informację, dzięki której mógłbym znaleźć jajoukańskiego skarabeusza.
Grant ledwo dostrzegalnie pokręcił głową: Słowa męŜczyzny przywiodły mu na myśl
muzykę fletową, aromat kifu i jedwabiste szmery rozmów - to wszystko, co zapada na zawsze
w serca ludzi, którzy kiedykolwiek podróŜowali do granic Sahary.
- Zrobię z pana bogatego człowieka, doktorze Donneliy, jeśli wskaŜe mi pan miejsce, gdzie
moŜna znaleźć tego skarabeusza.
- Nie ma takiego chrząszcza - powiedział nieco niepewnie Grant.
MęŜczyzna przechylił na bok głowę i spojrzał na niego z pogardliwą nieufnością.
- Nie ma takiego chrząszcza, doktorze Donnelly? Naprawdę?
- Niech pan mi uwierzy - upierał się Grant - to jest mit. To jest opowiadanie, wymyślone
przez marokańskich bouhanis, Ŝeby naciągać ludzi z Zachodu. Nie ma takiego chrząszcza.
Jeśli ktokolwiek twierdzi inaczej, to znaczy, Ŝe chce z pana zakpić.
- Nie ma takiego chrząszcza, panie - zakończył temat
Hakim. - Opowiedziano panu same kłamstwa.
Grant wytrząsnął następnego papierosa Casa Spoft z pogniecionej, papierowej paczki.
- Hakim, rozmawiałem z profesorem Hemmerem z Instytutu Historii Naturalnej w Tangerze.
On wie wszystko o tym skarabeuszu.
- Więc jemu teŜ naopowiadano kłamstw.
Roanowa odbywała się na Starym Mieście, wczesnym latem 1967 roku, w kawiarni Fuentes
na Socco – małym placyku, gęsto usianym kafejkami, straganami Hindusów i sklepami z
biŜuterią, oferującymi szwedzkim turystom szwajcarskie zegarki o podejrzanej proweniencji.
Pili miętową herbatę i jedli pączki gęsto obsypane cukrem, a Hakim palił kif. Osobliwy,
aromatyczny dym unosił się nad placykiem i niknął w bladofioletowym powietrzu. Wewnątrz
jasno oświetlonej kawiarni starzy męŜczyźni w pasiastych dŜelabijach słuchali kairskiego
radia na falach krótkich.
- Profesor Hemmer był pewien, Ŝe to jest bardzo mały chrabąszcz z rodziny skarabeuszów -
powiedziała Suzanna.
Hakim popatrzył na nią ciemnymi, nieprzeniknionymi oczami.
- Profesor Hemmer jest Niemcem. Nie wie, co istnieje, a co nie istnieje.
Grant zapalił papierosa, wciągnął dym i zaniósł się kaszlem.
Dym smakował tak, jakby tytoń był nasiąknięty miodem, cynamonem i roztopionym na
słońcu asfaltem.
2
- Zdaje się więc, Ŝe odbyliśmy taki kawał drogi na próŜno. Wielka szkoda. Uniwersytet
przeznaczył na nasz projekt sumę znacznie przewyŜszającą potrzeby, więc zostało jeszcze
mnóstwo pieniędzy.
- Całe bogactwo Ameryki nie jest w stanie zmienić rzeczywistości - odparł Hakim.
Grant poprawił się na swoim niewygodnym krześle z giętego drzewa. Oboje z Suzanną
pracowali w Maroku juŜ od siedmiu i pół miesiąca, więc zdąŜył się przyzwyczaić do
niejasności i wymijającego charakteru rozmów towarzyszących wszystkim zawieranym tu
interesom. Ale przebyli tego dnia szmat drogi, był zmęczony, tak Ŝe powtarzające się ze
strony Hakima zaprzeczenia zaczynały go denerwować.
Skończyli przewidziane programem prace, obejmujące między innymi gruntowne
badania nad cyklem Ŝycia chrząszcza gnojaka i rozwiązanie problemu plagi wołka
zboŜowego, które miało pomóc władzom marokańskim w zmniejszeniu strat w magazynach
zboŜowych i składach.
Tymczasem dwa tygodnie wcześniej, przy okazji wydanego na ich cześć obiadu
poŜegnalnego w domu generalnego dyrektora studiów etnicznych w Kebirze, siedzieli obok
palącego bezustannie papierosy starego Francuza o nazwisku Duvic, który spędził w hotelu
czterdzieści pięć lat. Kiedy dowiedział się, Ŝe są badaczami owadów, zaczął się ochryple
śmiać i powiedział im, Ŝe jego zdaniem tylko jeden chrząszcz wart jest badań, a mianowicie
skarabeusz jajoukański, Scarabaeidae jajoukae, tak zwany chrząszcz penisowy.
- Dlaczego, u licha, tak go nazywają? - spytała go Suzanna. Jej zielone oczy lśniły jak
potłuczone szkło.
Duvic zakaszlał i wypluł gęstą plwocinę do chusteczki. Miał białe wąsy, zabarwione z jednej
strony nikotyną na kolor musztardy.
- Nie powinna była pani o to pytać. W Little Hills uŜywają go podczas obrzędów ślubnych...
Zastępuje kif. Kiedy pali się kif, wchodzi się w inny świat i osiąga się taki sam stan, w jakim
są bouhani, święci obłąkańcy, którzy potrafią przenikać przez ściany i dyskutować o
problemach politycznych z umarłymi. Natomiast kiedy uŜyje się penisowego chrząszcza,
odkrywa się samego siebie: widzi się siebie z taką wyrazistością, Ŝe aŜ trudno to wytrzymać.
Aimez-vous I'agonie? – Przez moment zawahał się, zakaszlał, a potem ciągnął: - Dwanaście,
trzynaście lat temu, w pewnym burdelu w Mascarze zaproponowano mi skarabeusza.
Odmówiłem. Muszę wyznać, Ŝe byłem zbyt przestraszany. Mimo Ŝe byłem wtedy bogaty,
Ŝądano za niego więcej, niŜ mogłem zapłacić: ponad piętnaście tysięcy franków. Teraz
Ŝałuję... No cóŜ, trudno, Ŝałowanie niczego nie odmieni. Niedługo umrę...
- Czy ten skarabeusz rzeczywiście istnieje? - spytał Grant z szybko narastającym
entuzjazmem. Miał juŜ wizję przyszłych artykułów, ksiąŜek, podróŜy z odczytami. Staje
przed trzystoma uczonymi, chrząka i mówi: "Nikt z państwa nie słyszał o Scarabaeidae
jajoukae, znanym w Little Hills w Maroku pod bardziej powszechną nazwą jako
>>jajoukański chrząszcz penisowy<<". Co za otwarcie!
Francuz był juŜ pod dobrą datą; wypił za duŜo algierskiej brandy i nagle zrobił się
cnotliwy. Zaczął powtarzać w kółko: "Przepraszam, Ŝe wam to opowiedziałem".
Grant i Suzanna mieli odlecieć następnego dnia do Stanów, ale wczesnym rankiem
Grant porozmawiał przez trzeszczący telefon z profesorem Hemmerem z Tangeru.
- Znam oczywiście skarabeusza z Jajouki – wyznał profesor. - Bardzo rzadki chrabąszcz,
Ŝywiący się nektarem, jaki wydziela kwiat kif, nektarem, który my nazywamy haszyszem.
Widziałem tego skarabeusza na rysunkach i czytałem opisy. Jest wzmiankowany, zdaje mi
3
się, w Owadach afrykańskich Quintiniego. O ile wiem, Ŝyje tylko na łąkach, gdzie kwitnie kif,
w Ketamie, w wysokich górach Rif.
- Czemu nazywają go "penisowym chrząszczem"?
- To bardzo proste. Kiedy chrząszcz zostaje zaniepokojony, wydziela z siebie środek
chemiczny, silnie draŜniący; podobno niektórzy górale wprowadzali go przed stosunkiem do
męskiej cewki moczowej, w celu zintensyfikowania doznania seksualnego. Nie wiem, czy
moŜna je jeszcze znaleźć. Prawdopodobnie wyginęły skutkiem stosowania środków
owadobójczych. Słyszałem o milionerach, którzy oferowali królewskie sumy za pojedynczego
chrząszcza. Ale, naturlich, problem polega na znalezieniu go. Prócz tego uŜywanie go jest
surowo zakazane z powodów religijnych, poniewaŜ muzułmanie wierzą w absolutną świętość
ciała. Istnieje teŜ zakaz prawny, gdyŜ rząd uwaŜa, Ŝe byłoby to niepoŜądane ze względu na
turystykę. Ostatnią rzeczą, której by pragnęli, to zrobienie z gór Rif drugiego Bangkoku,
rojącego się od ludzi z Zachodu, przybywających w poszukiwaniu nowych doznań
seksualnych. I tak jest juŜ wystarczająco źle, biorąc pod uwagę moich rodaków oferujących
błyszczące rowery wyścigowe młodym chłopcom na plaŜach.
Profesor Hemmer wybuchnął śmiechem. Grant połoŜył słuchawkę staromodnego
telefonu na widełkach. Skórzane walizki były juŜ spakowane i czekały w turkusowym hallu
hotelu Africanus. Dziewięć skrzynek z materiałem do badań i trzy skrzynki z okazami
wysłano juŜ wcześniej do ParyŜa.
Suzanna chciała odłoŜyć poszukiwania Scarabaeidaejajoukae i wracać do Bostonu. "MoŜemy
poszukać go w przyszłym roku". Ale Grant wiedział, Ŝe jeśli nie spróbują teraz, to nie znajdą
go juŜ nigdy. Jeśli się stąd wyjedzie, nie uda się tu wrócić. Przynajmniej nie do takiego
samego układu stosunków. MoŜna będzie do końca Ŝycia przypominać sobie radio Kair na
falach krótkich i tubalne, przyprawiające o ciarki tony raitas, podobne do dźwięku obojów
słyszanych w narkotycznym, nie kończącym się śnie. Ale kiedy się wróci, wtedy drzwi hotelu
okaŜą się szczelnie zamknięte, medyna będzie opuszczona, a wszystkie sekrety Starego
Miasta na zawsze stracone. MoŜna będzie pić miętową herbatę juŜ tylko w charakterze
turysty, a nie brata, który zna Tajemnicę.
Profesor Hemmer dał mu adres Hakima, który pracował kiedyś jako asystent u doktora
Timothy'ego Scoodamora, angielskiego botanika. Scoodamor spędził pięć lat na wysokim
płaskowyŜu w górach Atlas. Badał najpierw tamtejszą florę, potem muzykę ludową, a jeszcze
później szukał ukrytych skarbów, o których wiedzieli tylko czarodzieje Soussi, mający tajne
rejestry wszystkich skarbów, ukrytych kiedykolwiek na tym terenie. Jeśli w ogóle istnieli
ludzie, którzy wiedzieli, gdzie naleŜy szukać Scarabaeidae jajoukae, to z pewnością naleŜał
do nich Hakim.
A jednak nie wiedział, a przynajmniej tak twierdził, siedząc nad miętową herbatą i
paląc kif w cienkiej fajeczce z sebsi szczupły i szorstki, ubrany w biały, lniany burnus i takieŜ
spodnie oraz czerwone, jedwabne pantofle. Na starannie ogolonej głowie nosił czerwony
tarboosh; chuda twarz miała mnóstwo zmarszczek układających się pod róŜnymi kątami, jak
na obrazach kubistów, i nigdy nie wyglądała tak samo. Tylko oczy patrzyły spokojnie i
nieruchomo. Cała reszta jego ciała mogła wstać i pójść, a one zostałyby, zawieszone w
powietrzu jak fatamorgana, wpatrzone w rozmówcę.
Grant był jego przeciwieństwem; przed dwoma tygodniami skończył trzydzieści jeden
lat, był mocno zbudowany, miał lekką nadwagę, włosy wybielone słońcem, takie jakie mają
surfiści, i twarz typowego quarterbacka: niebieskie oczy, złamany nos i szczery, szeroki
uśmiech. W najmniejszym stopniu nie przypominał czołowego amerykańskiego eksperta w
dziedzinie badań wpływu owadów na środowisko człowieka - póki przynajmniej nie załoŜył
4
okrągłych, szylkretowych okularów, w których był niesłychanie podobny do swojego
zmarłego ojca, autora dzieła Owady Ameryki.
Z Suzanną Morrison zaczął pracować juŜ na ostatnim roku studiów. Ich przyjaźń była
intymna, chociaŜ czasem ledwie się tolerowali. Suzanna była wysoka, miała energiczny
wyraz twarzy, wysoko osadzone kości policzkowe, głębokie oczy i lśniące, brązowe włosy,
sięgające jej do piersi, ale odkąd przybyli do Maroka, ukrywała je pod szarfą, którą często
owijała sobie całą twarz, tak Ŝe widać było tylko oczy. Nadawało jej to pewną godność, a
wspólnota męska doceniała
jej styl i miała dla niej szacunek. Nie była jedną z tych turystek czy studentek, kręcących się
wszędzie z nagimi twarzami, ani teŜ jedną z ich własnych kobiet, które wybiegały z domów
po groszowe zakupy, zakrywszy twarze byle czym.
Miała znacznie silniejsze poczucie wewnętrznej wolności, niŜ sądziła męska
wspólnota. Przerwała na rok studia na uniwersytecie SUNY i pojechała autostopem do La
Jolla w Kalifornii, gdzie Ŝyła w komunie o nazwie "Błyszczące Oko", w której
natychmiastowe, jawne zaspokajanie dowolnej zachcianki seksualnej było podstawą filozofii
zwanej "Otwarciem". "Otwórz przed kaŜdym swój umysł, otwórz dla kaŜdego swoje ciało".
Teraz trzymała się w ryzach, ale mimo to ciągle onieśmielała Granta. Jej seksualność była
niemal słyszalna: ocierające się uda, rozchylone wargi, trzepoczące powieki i jedwabisty
szelest włosów, podobny do szelestu piasku przesypującego się w świetle księŜyca przez
krawędź Grand Erg na Saharze.
Kiedy po raz pierwszy poszli ze sobą do łóŜka (w ParyŜu, przy ulicy Chalgrin, w
sypialni hotelu La Residence du Bois), opowiedziała mu bez skrępowania, Ŝe kiedyś
uprawiała seks z pięcioma męŜczyznami jednocześnie. Myślał, Ŝe Ŝartuje, poniewaŜ nie mógł
sobie tego wyobrazić. Ale kiedy mu to dokładnie i powaŜnie wyjaśniła, zamilkł na resztę
dnia, podniecony i zarazem głęboko wstrząśnięty.
Tego wieczoru Suzanna owinęła głowę szarfą koloru indyga i włoŜyła bawełnianą,
nieskazitelnie białą suknię, skrojoną na wzór dŜelabiji. Grant wiedział, Ŝe pod suknią jest
naga; kiedy pochylał się nad stołem, rozmawiając z Hakimem, widział, jak kołyszą się jej
cięŜkie piersi.
W owych dniach nie zawsze się z sobą zgadzali, a nawet w okresach zgody nie zawsze
z sobą sypiali. W ciągu ostatnich siedmiu i pół miesięcy bywało, Ŝe kłócili się dość
gwałtownie. Kłócili się w kwestii skarabeusza z Jajouki: czy powinni wrócić do Bostonu i dać
sobie z nim spokój? Ale teraz znów byli pogodzeni, bliscy sobie, wyczuleni na to, co drugie
mówi albo ma zamiar powiedzieć, a nawet myśli. Grant uwielbiał takie okresy. Dawało mu to
poczucie własnego "ja": do jego świadomości docierało to, gdzie się znajduje i w jakiej roli
występuje. Czuł wyraźnie, Ŝe jest zarówno opiekującym się, jak i tym, którym się ktoś
opiekuje w miejscu połoźonym 35,4 stopnia na północ od równika i 1,1 stopnia na wschód od
Greenwich.
Suzanna odezwała się do Hakima:
- A jeśli obiecamy, Ŝe nikomu nie powiemy, co znaleźliśmy. Czy wtedy zaprowadzi nas pan
do chrząszcza?
Hakim popatrzył na Granta.
- Czy ta kobieta mówi w twoim imieniu, panie?
Grant z niecierpliwością wypuścił kłąb dymu.
- Tak, mówi w moim imieniu. A czasem nawet w swoim.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • filmowka.pev.pl
  •